|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Ulubione blogi
Tagi
|
O zyciu, o tym co wazne i mniej ....
o czym chcialabym zapomniec a co zapamietac
to z czego sie smieje i placze
dlaczego lubie ten film ta muze i te ksiazke
dlaczego kocham tych ludzi a tych nie nawidze
o milosci prawdzie i zaufaniu.
środa, 04 maja 2011
Jak mówiłam tak zrobiłam.
Jakiś czas temu wspominałam że kupiłam sobię książkę kucharską pod wpływem filmu. Dziś strasznie wieje, i pogoda nie zachęca (mnie) do siedzenia na tarasie, wiec postanowiłam coś dobrego zrobić na obiad. Pod nóż poszedł przepis na wołowinę po burgundzku wg pomysłu Julie Child. Nie będę podawała przepisu wszystkich ciekawskich odsyłam na mojego bloga:cowgarnkubulgoce.blox.pl. Przepis nie specjalnie trudny, produkty ogólnodostępne, troche wysiłku i wychodzi. Czytałam z zainteresowaniem przepis, bo spodziewałam się czegoś bardziej skomplikowanego, bo jak pamiętamy z filmu potrawka miała być MNIAM:) No i faktycznie była niezła, pyszna, smakowita ale czy Mniam ? No nie wiem na kolana mnie nie rzuciła, być może za wiele się spodziewałam. Pyszna ale nie Mniam.
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Wielkanocne nastrojenie
Wielkanoc to moje ulubione święta, może dlatego że urodziłam się w kwietniu, i mama zawsze na urodziny które się czasem zbiegały dawała mi pieknie żółte żonkile:),i zawsze to był taki radosny czas. Cały tydzień sie pościło, pomagało w sprzątaniach, bo rodzice w ten czas dostawali przebudzenia ze snu zimowego i trzeba było wystprzątać mieszkanie na przyjście wiosny. A potem pomóc w przygotowaniach do święconki, z ktorą zawsze śmigałyśmy w sobote. Bardzo fajnie i mile wspominam ten czas, zwłaszcza teraz gdy przyszło mi żyć na obczyznie. Dlatego staram się celebrować ten czas, robie generalne pożądki, układam menu, robie zakupy, a potem szaleje w kuchnii. I potem mam zapchaną lodówkę na tydzień, i wyjadam z niej jak Nigella. Dlatego trochę się dziwie tym wszystkim, którzy tak od niechcenia, po łebkach podchodzą do sprawy, nie chce im się szykować, sprzątać, wciągać dzieci do malowania pisanek, a przecież to nasza tradycja, jak nie teraz to kiedy przekażemy ją swoim dzieciom? Takie nowoczesne społeczeństwo bez tradycjii? to chociaż stwórzmy sobie swoją tradycję jak ta "babcina", tak nas uwiera starocią i trąca myszką. Jak już nadmieniłam mieszkam w Eire i jak widzę te nowoczesne mamcie które takie wyzwolone, zerwane z łańcucha pożądności i rodzinnego nadzoru, miotają się z tą swoją nieporadnością i łzami w oczach, bo przecież trzeba pokazać facetowi, że umiem być matką polką i tradycjonalistką(o ktorej nie mam pojęcia) bo nie mają pomysłu na Swoją Wielkanoc, to krzyczeć mi się chce. Nie wiedzą co mają robić w takie powiedzmy "zwykłe świeta" (dla mnie nie mniej wazne niz BN), już nie wspomnę o gotowaniu, bo przecież to dzień jak każdy, nie potrafią cieszyć się tak zwyczajnie nie na wyrost, i jeżeli nie chce im się stać przy garach niech robią to co chciały zawsze robić, bo przecież nie raz i nie dwa każdej z nas zdażało się powiedzieć a u mnie na święta to bedzie tak... i tu snułyśmy nasze kombinacje alpejskie, ale kiedy ten Nasz slalom gigant przejdziemy i wprowadzimy w życie? Jak wrócimy do Polski za 10 lat? Dlaczego Tu na obczyznie nie potrafimy żyć, tak jakbyśmy zawsze chcieli, bo przecież jest Tu i Teraz, a życia nie da się odłożyć na póżniej. Ja żyję właśnie tak celebrujac nawet najmniejsze chwile, żyje tak jak zawsze chciałam, po swojemu.
niedziela, 10 kwietnia 2011
Za dużo na raz
Mam tyle w głowie że nie wiem o czym napisać, o wszystkim na raz bym chciała. Od jakiegoś (dłuższego) czasu noszę się z zamiarem przedłużenia włosów,przeglądam czytam fora, sprawdzam różne metody. Niby nie są inwazyjne to na moje trzy włosy na krzyż to nie wiem czy się co kolwiek nada. Zadzwoniłam do fryzjerki która się zajmuje przedłużaniem i wiadomo przez telefon nie da rady ocenic jakie mam włosy i co sie da z nimi zrobić więc wstępnie się umówiłyśmy na za 2 tygodnie wpadne przejazdem do Dublina i się skonsultujemy. Międzyczasie wpadne na szrot może znajdziemy maske i nadkole do Saaba i takim sposobem upiekę 2 pieczenie za jednym zamachem:). A za pasem już wielkimi krokami się zbliża Wielkanoc, moje ulubione świeta. Zawsze je lubiłam bo urodziłam się w kwietniu miesiącu w którym wszystko budzi się do życia i jest ciepło i zielono i tak jakoś radośnie. Więc zrobię jakąś pyszną kolację urodzinową i zacznę się zastanawiać co przygotować na wielkanocne śniadanie. Tylko jak zwykle muszę się pilnować żeby nie zrobić zakupów na 300 osób:)
środa, 02 marca 2011
Ciężka sztuka wyboru.
Ostatnio byłam na zakupach w ASDzie, chyba trafiłam na najgorszy dzień, pustki przeokropne, niedziela. Zawsze jak jadę na zakupy musze mieć ściśle określony budżet i robię zakupy z kartką i kalkulatorem. Wcześniej w domu wchodzę na stronę Asdy i sprawdzam czy mają to co mi potrzeba i w jakiej cenie, wtedy wiem czy zmieszczę się czy nie, i czy moge "zaszaleć". Urodziłam się w Polsce ale w ciągu życia przerodziłam się we Włoszkę. Uwielbiam pasty i sery, oliwę z oliwek jem z chlebem i popijam Chianti, jestem głośna i kocham na zabój. Ale co to ma wspólnego z zakupami? Już wyjaśniam. Robiąc zakupy w moim koszyku byłyby tylko makaron ser i wino. Ale muszę myśleć nie tylko o sobie więc się kontroluje i układam menu tygodniowe nie tylko pod siebie. Na półkach różności kuszą kolorową etykietą, z piekarni unosi się zapach świeżo pieczonego chleba i słodkości, a produkty o niższych cenach stoją na samym dole tak że trzeba się po nie niezle naschylać. Ja produkty marki "asda" kupuję z takim samym podejściem jak inne "markowe", bo wiem że są tak samo dobre i niczym się nie różnia, oprócz etykiet które są mniej zachęcające. Moja sztuka wyboru polega na tym że muszę kontrolowac wagę i nie mogę wrzucać do ust wszystkiego co mi w ręce wpadnie, bo inaczej już dawno bym umarła na zawał, albo zator maślany tętnic. Ale nic nie poradzę na to że uwielbiam sery te n ajtłuściejsze Brie, twarde parmezany i miekkie typu Edam, a za Mozzarelle dałabym się pokrioć i jeszcze moje śmierdziuchy prosto od kozy:) Do tego dochodzą ciasta najlepiej robione przezemnie (skromna jestem niesłychanie) szarlotki z masą jabłek, francuskie przełożone kremem maślanym, lub jakimś budyniem. Mięso właściwie mogło by nie istnieć, byle by były ryby i owoce morza. A i jeszcze moja ukochana szyna z San Daniele:) Kocham tuńczyka i łososia miłością prawdziwą, do tego wszelakie krewetki, małże i kalmary. Wszystko jadłabym naraz i odrazu po zrobieniu. Co dziwne nie mam takich ciągot jeśli chodzi o ciuchy czy buty, aczkolwiek lubię torebki i mam ich trochę, nie muszę mieć też nowości typu tv czy dizajnerskich mebli, lubię prosto, przestronnie i wygodnie. Już wiem dlaczego mamy wolną wolę:).
poniedziałek, 28 lutego 2011
Niezły poślizg:)
Długo jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia zamówiłam sobie prezent pod wpływem filmu Julie@Julia z Meryl Streep, książkę kucharską Julie Child. Byłam przekonana że to całkowita fikcja literacką, bo nic wcześniej o tym filmie nie czytałam. Dopiero gdy oglądnełam film i poszperałam na necie to okazało się że to prawie na faktach. Byłam strasznie ciekawa tej książki bo bohaterka co rusz z niej pichci i to w dodatku tak smakowicie. Okazało się że taka książka naprawdę istnieje więc poszperałam i znalazłam. (na Amazonie mają wszystko) Nie była dostępna odrazu i trzeba było poczekać na dodruk więc wiedziałam że to chwilę potrwa. I zapomniałam o niej. Aż do dziś, właśnie przyszła. Pięknie opakowana (zamówiłam opakowanie na prezent) pachnąca farba drukarską, kartki jeszcze nie ruszane, troche posklejane jeszcze, w prostej twardej oprawie cód dziewica. Nie rzucam się z motyką na słońce i nie obiecuję wam jak bohaterka filmu że zrobię każdy przepis, ale napewno coś z niej ugotuję bo jestem strasznie ciekawa tych przepisów. Jak coś zrobie to znajdziecie na moim blogu kulinarnym Cowgarnkubulgoce.blox.pl.
sobota, 19 lutego 2011
Łeb nie od parady
Mam fajną koleżankę która tu do Irlandii przybyła dawno temu z rodziną. Jestem strasznie dumna i blada z NIEJ bo ma łeb na karku chociaż czasami porywa się z motyka na słońce, ale dla równoważni małżon ją czasem z tamtąd skutecznie ściąga. Chodzi mi o to że sporo projektów sobie znajduje chociaż nie zawsze jej za to płacą, a to jedzie do sądu tłumaczyć bo jakis polski emigrant sobie nie radzi, a to dla perspektywy lepszej pracy zapisała się na irlandzki, pisze felietony do gazety, pisze bloga, zrobiła kurs fotografi teraz jeszcze kolejny zwiazany z fotografią sobie znalazła i jeszcze żeby tego było mało zapisała się na kolejne 2 żeby mogła być powiedzmy tłumaczem przysięgłym. NO babka orkiestra:) I Ona do wszystkiego podchodzi bardzo serio na 100% jak się już za coś wezmie to nie odpuści, chociaż czasami ją watpliwości zrzeraja i małżon niezadowolony je frytki 2 tydzień z rzędu. Nigdy nie spotkałam jeszcze kogoś takiego kto by sie na obczyznie tak doskonalił. Polscy emigranci mówię tu o swoim otoczeniu nie robią kompletnie Nic, nawet nie chce im się zapisać na kurs angielskiego żeby podszkolić język bo każdy z nich uważa że jak w pracy go rozumieją to jest git. A to nie oto chodzi, bo w pracy ludzie się do takiej czy innej wymowy przyzwyczajają i już chyba bardziej z przyzwyczajenia rozumieją niż faktycznie z tego co mówi dana osoba, a tej osobie się wydaje że jest super hiper więc po co się będzie uczyć. Nie chce im się nawet poćwiczyć czy iść na spacer nie mówię tu już o czytaniu książek wolą chodować sobie drugi podbrudek czy mięsień piwny. J uczyłam się na prawo jazdy, testów po angielsku. Nie powiem że było łatwo, ale dałam radę. Dużo nowych słów poznałam i w razie kontroli przez pana z Gardy będę mogła mu spokojnie bez nerwów opowiedziec o zdażeniu. Pozatym lubie ruch i chodziłam na siłownie i basen, gdzie też może nie w dużym stopniu jest potrzebny język ,ale też trzeba się z ludzmi komunikować, bo np. w saunie prowadzi się rozmowy o polityce, lub o kryzysie w jakim to państwo się teraz znalazło, a po co zachowywać się jak gapa? pozatym skoro się weszło między wrony trzeba krakać jak i one. A my emigranci wolimy zamknąć się w enklawie polskiej, gdzie mamy fryzjerkę, dentystkę, polski sklep, bibliotekę, szkołe i raczej nigdy się nie udzielamy na tle społeczności wioski czy miasteczka w którym mieszkamy. Nie znamy nawet swoich sąsiadów, nic nie wiemy o ludziach z którymi pracujemy tylko takie ogólnodostępne info. Bo po co? Przecież każdy przyjechał tu tylko na chwilę zarobić na dom w Polsce czy samochód, a siedzi tu już 10-15lat. Dlatego tym bardziej jestem dumna z tych wszystkich którzy przyjechali tu na chwilę, ale coś IM się chce.
wtorek, 08 lutego 2011
Szczerość nie zawsze sie podoba
Tak sobie wczoraj rozmawiałam ze znajomymi o niepowodzeniach. Koleżanka nie zdała egzaminu więc stwierdziła że pytania się zmieniły i że są pewnie jakieś poprawki o których ona nic nie wie. A na logikę rzecz biorąc to nikt kto robi jakikolwiek egzamin nie zmienia pytań w ciągu trwania kursu, czy roku szkolnego, a jeżeli tak się dzieje to wszyscy kursanci vel uczniowie są o takim fakcie powiadamiani. Dlaczego tak trudno jest nam się przyznać że może się nie douczyliśmy albo olaliśmy sprawę i cieżko nam się przyznać nawet przed bliskimi. To że siedzimy z głową w książce, komputrze lub innym tp, jeszcze nie znaczy że się uczymy, czytamy, może akurat w danej chwili marzymy sobie o niebieskich migdałach, albo już oczami wyobrażni widzimy nasze nazwisko na tablicy wyników. Rozgorzała dyskusja między mną a moim na temat: warto czy nie warto się przejmować takim czy innym niepowodzeniem. Z jednej strony to takie niepowodzenia powinny nas zmotywować do większego wysiłku i pracy nad danym projektem. Powinnśmy przeanalizować dlaczego nam się on nie powiódł i gdzie popełniliśmy błąd, poczym ze zdwojoną energią przystąpić do poprawki. Z drugiej jednak strony niepowodzenie zniechęca i sprawia że czujemy się żle i do niczego. Krążą nam po głowie jakieś głupoty, wmawiamy sobie podświadomie że to niepowodzenie to tylko i wyłącznie nasza wina i że nie umiemy, nie wiemy jak się do poprawy zabrać albo zwyczajnie nie chcemy lub dopada nas depresja gankstera i dupa blada po sprawie. Wtedy dobrze gdy mamy kogoś obok kto jest dla nas wsparciem i możemy z tym kimś pogadać przedstawić mu problem i może ta osoba zobaczy gdzie tkwi problem jak można go poprawic, zawsze to inaczej jak świeże oko z perspektywą, niż nasza czarna dziura bez wyjścia. Doszlismy po burzliwych obradach że jednak warto być szczerym zarówno wobec siebie jak i naszych bliskich, nawet jeśli nam się to średnio podoba. Gdzie kończy się szczerość, tam się na pewno zaczyna samotność?
wtorek, 01 lutego 2011
Prawo jazdy
Zdanie prawa jazdy to był mój priorytet, już od szkoły średniej próbowałam. Wmawiałam rodzicom że muszę zacząć kurs bo od tego zależy ocena z przedmiotu, oczywiście nie uwierzyli, ale na kurs i tak poszłam. Chyba dlatego że kilkoro moich przyjaciół z paczki też się zapisało. (tylko że ich rodzice mieli samochody) Oczywiście ambitnie chodziłam na kurs gdzie instruktor cierpliwie tłumaczył zasady ruchu drogowego i zasady zachowania na drodze(z czego nie wiele rozumiałam) zasada prawej ręki, znaki itd. Póżniej po teorii były jazdy z instruktorem który notorycznie łapał wszystkie dziewczyny za kolano niby że nie umiemy wrzucać biegów i tak jakoś mu zawsze ręka się zemskła. Nie cierpiałam tego! A co najgorsze instruktor był ojcem mojego kolegi. Poskażyłam się rodzicom bo nie bardzo wiedziałam co mam zrobic, matka najpierw mi nie uwierzyła a potem się wściekła i poszła zrobić awanturę instruktorowi i tak się skończyła moja przygoda z prawkiem. Skończyłam szkołę jedną, potem drugą, i jakoś sie nie składało żebym odczówała potrzebę posiadania prawa jazdy. Aż do przyjazdu do Irlandii. Tu wszędzie jest daleko i auto jest niezbędne chyba że mieszkasz w dużym mieście typu Dublin. Więc priorytetem było zdać i zacząć jedzić. W przybliżeniu się do celu udałam się do księgarni celem zakupienia odpowiedniej książki z kursem i płyty z testami(tu na wyspach nie ma obowiazku chodzenia na kurs,kursant uczy się w domu, teraz od 4 kwietnia wchodzi taki obowiązek bo jest za dużo wypadkow spowodowanych przez osoby uczace się) i zaczełam się uczyć, łatwo nie było bo kurs był po angielsku a mój angielski nie jest perfekt, ale dałam rade. Wykuta na blaszke zapisałam się na egzamin(można mieć 5 błedów) po spisaniu danych zrobieniu zdjęcia egzamin czas zacząć i co nie zdałam! co za koszmar 6 złych odpowiedzi. Ale to nic, nie poddawałam się choć szczęśliwa z tego powodu nie byłam, bo sądziłam, że naprawdę dobrze się nauczyłam. W końcu zdałam koncertowo bez żadnej złej odpowiedzi dumna i blada pochwaliłam się do przyjaciółki która natykmiast zgarneła małżona i wpadła z "Sukcesem". Bo to niewątpliwie był SUKCES. Ale to jeszcze nie koniec teraz najtrudniejsza część koncertu trzeba się nauczyć dobrze jeżdzić, ale że praktyka czyni mistrza, więc praktykuje. Nie jest to łatwe, zdążyłam juz zajechać drogę innemu samochodowi na rondzie(wcisnelam sie przed niego), trochę mnie rzuca po drodze od lewa do prawa i zupełnie nie wiem skąd się bierzę głupi nawyk szukania wajchy od kierunkowskazów, a przecież wiem że mam go na wyciągnięcie palców. Do plusów mogę zaliczyć że nie boję się prędkości i że nie spoglądam jak zmieniam biegi, i poradziłam sobie z 5(chodzi o bieg) dałam radę w mieście. Wiem z pełną świadomością że jeszcze dużo wody upłynie zanim naprawdę dobrze się nauczę prowadzić, a na to mam przecierz całe życie.
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Karnawał
Karnawał -okres zimowych bali, maskarad, podchodów i zabaw. Kiedy byłam małą dziewczynką w szkole mieliśmy przebierane bale karmawałowe. Zaczynały się zawsze w połowie stycznia lub przed feriami zimowymi. Każdy obowiązkowo miał być przebrany! Dziewczynki chciały być księżniczkami(brr) a chłopcy kowbojami lub indianami. Mama miała z nami (ja i siostra) urwanie głowy bo żadna nie chciała mieć takiego samego przebrania. My chyba jako jedyne nie byłyśmy księżniczkami tylko zawsze jakimś miśkiem albo kotem(miłosc do zwierzat?). Fajny to był okres bo rodzice również urządzali sobie takie imprezy. Wraz ze znajomymi, przebierali się ; tata ubierał odświętną koszulę, mama złotą suknie balową i długie rękawiczki, znajomi wpadali w kolorowych afro włosach i spodniach dzwonach i w mieniących się koszulach z bistoru, i razem szli do jednego z "wujków" lub domu kultury. Mama piekła faworki, a wujek (brat taty ) pączki zajadałyśmy się nimi przez cały karnawał nie tylko w tłusty czwartek. Teraz już taka tradycja bardziej zanikła, tym bardziej zresztą, że mieszkam w Irlandii i nie myśle o kombinowaniu przebrania tylko łapię z wieszaka spodnie koszulke i idę na disco. A teraz się tak rozmarzyłam że aż mi się chce faworków, idę do kuchni.:)
piątek, 24 grudnia 2010
wtorek, 07 grudnia 2010
O przygotowaniach do świąt i o tym jak mi pierogi za skóre zaszły
Ale długi tytuł mi wyszedł. Święta za pasem więc i szał przygotowań po trochu mnie ogarnia. Wczraj już udekorowałm dom we wszystkie możliwe ozdoby "domowe", na chionke żywą czekam; tak sobie w tym roku postanowiłam bo nie ma nic fajniejszego jak zapach chionki i trzask ognia kominku. Wszystkie możliwe bibeloty i zakamarki już wysprzątałam, zamówienie w polskim sklepie już zrobiłam, nie lubie zostawiać niczego na ostatnią chwilę. Teraz tylko czekam na sygnał, i w ramach tego czekania przypomniało mi się jak to pierogi dały mi do wiwatu w któreś świeta. A było tak: wszystkie potrawy na święta już były gotowe i czekało mnie jeszcze ulepienie pierogów. Żaden problem robiłam już milion razy więc milion pierwszy dam rade. I wszystko zrobiłam tak jak należy, farsz przygotowałam wcześniej, ciasto własnie zagniotłam, wałkuje, wycinam i zlepiam. Ale myśle sobie nie będę teraz gotować tylko jutro przed wigilią wrzuce na goracą wodę i będą świeżutkie, a teraz takie surowe poukładam obok siebie i posypie mąką. Jak pomyślałam tak zrobiłam(Głupota roku) Nastepnego dnia zaglądam do pierogów i wrzask przeokropny że chyba mnie w Polsce słyszeli. Moje pierogi wszystkie jak jeden mąż się pokleiły bo ciasto zaczęło pracować(co jest normalne) i wyszedł jeden wielki pieróg. W te pędy zaczełam ratować co się dało a że nie wiele się dało to pierogów mieliśmy co kot napłakał a takie ładne i pyszny farsz miały ale zjadliwych było tylko kilka. Porażka na całej lini, potem przez cały rok każdy zaproszony mi je wypominał, no masakra poprostu. J nie wiem co mi wtedy do głowy strzeliło no zaćmienie mózgowe jakies czy co? Więc teraz zawsze robie jeszcze na obiad ktoregoś dnia żeby mi jakieś głupoty do głowy nie przyszły w zwiazku z pierogami.
wtorek, 23 listopada 2010
Miodek
Kilka lat temu razem ze swoim partnerem postanowiliśmy spróbować zrobić miód pitny. Najpierw trwały dłuuugie dyskusje nad tym czy wogóle powinniśmy się za to brać, a co będzie jak nam nie wyjdzie? zmarnujemy tylko miód i stracimy kase albo co gorsza zostaniemy z jakimś marnym winiaczem.
Więc postanowione. Robimy. Najpierw zaopatrujemy się w kilka pozycjii papierowych o różnych metodach produkcjii tego przedniego napitku i jego rodzajach, konfrontujemy rzecz w necie i robimy listę zakupów. Teraz już trochę pod górkę gdzie kupić naprawdę dobry a nie sztuczny miód? Miód dostaliśmy od ojca a to niespodzianka do niego do restauracjii przychodzi czasem baba i mówi że ma jajka a to świeże mięsko a to móid i stąd mieliśmy miodek. Teraz jeszcze trzeba było kupić balon, rurki, drożdze, korek i koszyk. Ten najdłużej znany w Polsce napój alkoholowy można z p owodzeniem zrobić domowym sposobem. Oprócz miodu i wody potrzebne będą drożdze winne np:. malaga, madera, my użyliśmy tokaj. W zależności od sposobu produkcjii otrzymamy miód naturalny lub sycony my robiliśmy sycony, powstały z fermentacji gotowanego miodu z wodą w odpowiedniej proporcji. I teraz wedle przepisu wszystko poszło jak z płatka, i fermentacja była a jakże bardzo burzliwa i taka pachnąca bo balon stał w pokoju pod kaloryferem (dla ciepłości i okryty kocykiem:) i co jakiś czas zaglądaliśmy pod kocyk co tam się wyprawia i kiedy będzie można spróbować. Aż czasem fermentacja przestała się burzyć i podniecenie opadło i zupełnie o miodku zapomnieliśmy i dobrze bo wtedy on nabierał mocy urzedowej w %. Po jakimś roku spróbowaliśmy, zlaliśmy do butelek i wrzucili na szafkę w kuchni i znowu zapomnieli. To co nam wyszło było poprostu mistrzostwo świata pyszny, pachnący miodem a nie bimbrem, nie za mocny alkohol. Pychota z przyjemnością wypiliśmy go z p rzyjaciółmi, kilka poszło na prezent, teraz też nosimy się z zamiarem zrobienia więc bedzie miodek po Irlandzku.
sobota, 23 października 2010
Rodzina
Rodzina to coś co każdy ma. Nie ważne (ważne)jaką ale zawsze ktoś za nami stoi , ktos nam pomaga , poradzi , odradzi. Wartość mojej rodziny zaczęłam doceniać stosunkowo niedawno , bo wiedziałam że zawsze ja mam , mam do kogo zadzwonić , z kim pogadać pośmiać się, powyłupiać. Mam siostrę która w życiu swoje przeszła , jako dziecko urodziła się z rozszczepem podniebienia i mama ciągle z nia po szpitalach i klinikach jezdziła. Za dzieciaka też nie miała lekko, nie lubiła chodzić do przedszkola bo jej dzieci inne dokuczały , śmiały się z niej wkładały kredki do nosa , teraz powiedzielibyśmy że przeszła traume w przedszkolu ale wtedy w latach 80 nie kładło się takiego nacisku na opiekę "innych" dzieci. Zawsze jednak byłyśmy za sobą ona zawsze miała mnie za plecami, w gotowości bojowej:) (ja jestem młodsza). Teraz już jako dorosła kobieta umie sobie radzić z przeciwnościami losu , skonczyła studia i pokazała wszystkim że wygląd i ładna buzia to nie wszystko , jest mądra i zaradna ma fajnego faceta którego wyrwała z katedry jednej z wrocławskich uczelni:) i ma świetną prace którą lubi. Rodzice po latach się rozwiedli ale nadal są ze sobą w dobrych stosunkach , rozwód nie był tematem tabu i rodzice tak rozegrali żebyśmy na tym nie straciły. Inna sprawa że my w trakcie ich rozwodu byłyśmy juz dorosłe i inaczej widziałyśmy to niż jakbyśmy były dziecmi. Rodzice stoją za nami murem , o tym przekonałam się już nie raz , gdy byłam w podbramkowej sytuacjii i myślałam że walę głową w mór. Nie mówią co powinnam a czego nie ale , pokazują jak można na sprawę bez wyjścia spojżeć inaczej , nie podają gotowych rozwiązań , ale zawsze czuje ich za sobą nawet gdy rozwiazanie nie jest łatwe i wymaga poswięcenia. Od kilku lat mieszkam za granicą i mam już inny kontakt z rodzicami ale zawsze mam dla nich czas gdy dzwonią , albo gdy potrzebują pomocy , coś trzeba zorganizować albo załatwić. Wiem że mam rodzinę i oni są moją siłą , a ja jestem ich oparciem.
niedziela, 10 października 2010
Herbata żródło życia.
Jak głosi legenda wszystko zaczęło sie pewnego pieknego dnia w Chinach.Kiedy to chiński cesarz odpoczywając pod drzewem dzikiej herbaty, pił wodę przegotowaną i kontemplował otaczającą go przyrodę, kiedy to do czarki wpadł mu listek. Niezauważył tego dopiero gdy wzioł łyk napoju poczuł jego inny ciekawy smak. Tyle historia. Rodzajow herbat jest zatrzęsienie,a to czerwona, biała,zielona,kwiaty, liście, łodyżki do wyboru do koloru. Moimi faworytami wśród herbat są mieszanki zielonej herbaty.Mają dodatki suszonych owocow lub kwiatów. Po zalaniu suszu wodą liście ładnie sie rozwijają pięknie wygladaja w filizance.I taka herbata ma naprawdę wyśmienity smak. Żeby uzyskać cudowny napar musimy przestrzegać jednej podstawowej zasady:nie zalewać wrzątkiem!!!! Sa też inne równie ważne zasady takie jak: jakość wody i czas parzenia,ale żeby jakoś zauważalnie wpływały na smak to bym nie powiedziała(ja tego nie jestem w stanie wykryc). Jesień to dla mnie pora roku w której herbata zajmuje czołowe miejsce wsród napojów,piję ją bardzo często wręcz uzależniająco;)Siadam wtedy z ulubioną gazetą lub książką i mam chwie dla siebie,chetniej wtedy też piekę moje "firmowe"placuszki-racuszki idealnie pasują do herbaty i świetnie się sprawdzaja gdy wpadnie ktoś niezapowiedziany i nie mam nic słodkiego. Ostatnio byłam w Polsce i nabyłam kilka ulunionych gatunkow:Earl Grey z dodatkiem kwiatów habra,mieszankę zieloną z kaktusem,cytrynowo pomaranczowe Toledo,czarna Fantazja z dodatkiem owoców głogu,i moja ukochana Swiatynia japońska,wszystkie paczuszki trzymam w puszce w szafce , ale pachną one tak niesamowicie że jak otwieram szafkę to zapach unosi się po całej kuchni. Niezbieram czajniczków czy filiżanek ani też kubków, ale lubię mieć fajny dodatek jak np biały cukier w "kamykach" albo brazowy cukier skrystalizowany na patyku,fajnie to wyglada i daje takie wrażenie wyjatkowości, bo dla mnie herbata i picie jej z przyjaciółmi jest czymś wyjątkowym.
niedziela, 26 września 2010
Millenium
Właśnie skończyłam wszystkie trzy książki z serii Millenium Stiega Larssona. Fantastyczne. Po prostu. Pierwszą poleciła mi koleżanka, polegam na jej zdaniu bo czyta dużo i dosyć ciekawy repertuar. Pożyczyłam książkę od niej i połknełam jednym tchem, dosłownie. Fascynujące przygody Mikaela Blomkvista i Lisbeth Salander. On znany dziennikarz, ona hakerka z przeszłością, razem i osobno są niezrównani. Przygody w jakie się wplątują z własnej lub nie winy są tak opisane przez Larssona że nie sposób odłożyć książkę nie zaglądnąwszy na nastepną stronę. Wszystko jest idealnie skomponowane i przemyślane, postacie sa wyraziste, fabuła tak skonstruowana że nie masz wrażenia że watkow jest za dużo i można sie pogubić i co najważniejsze wszystkie są ze sobą powiązane, co nie odrazu jest namacalnie widoczne. Napięcie jest tak dozowane że nie można się od tej powieści oderwać. Co ważniejsze historia Mikaela i Lisbeth zmusza do myślenia, Larsson tak sformułował fabułę że nie sposób nie kombinować i próbować rozwiazać zagadke, książka naprawdę daje do myślenia. Wszystkie trzy powieści są ze sobą połączone postaciami Lisbeth i Mikaela nie sposób jest nie siegnąć po kolejną, po prostu ma się ogromną potrzebę zaspokojenia głodu czytelniczego. Trochę może przerażać objętość, bo nie da sie ukryć że to dosyć opasłe tomiska, ale czyta się naprawde szybko. Można też ściągnąć audiobooka ale proszę uważać na lektora bo kiepski lektor grozi zaśnięciem i zniecheci do tej naprawdę fascynującej trylogii. Ja zaspokoiłam ten głód w pełni. żałuje tylko że Steig Larsson nie napisze już żadnej powieści.
|