O autorze
free counters
O zyciu, o tym co wazne i mniej .... o czym chcialabym zapomniec a co zapamietac to z czego sie smieje i placze dlaczego lubie ten film ta muze i te ksiazke dlaczego kocham tych ludzi a tych nie nawidze o milosci prawdzie i zaufaniu.
Kategorie: Wszystkie | jesien
RSS
środa, 04 maja 2011
Jak mówiłam tak zrobiłam.

Jakiś  czas  temu  wspominałam  że  kupiłam  sobię  książkę  kucharską  pod wpływem  filmu. 

Dziś  strasznie  wieje, i  pogoda  nie  zachęca (mnie)  do  siedzenia  na tarasie,  wiec  postanowiłam  coś  dobrego   zrobić  na  obiad. Pod  nóż poszedł  przepis  na  wołowinę  po  burgundzku  wg  pomysłu  Julie Child. Nie  będę  podawała  przepisu  wszystkich  ciekawskich  odsyłam  na mojego  bloga:cowgarnkubulgoce.blox.pl.  Przepis  nie  specjalnie  trudny, produkty  ogólnodostępne,  troche  wysiłku  i  wychodzi.  Czytałam  z  zainteresowaniem   przepis,  bo  spodziewałam  się  czegoś   bardziej skomplikowanego,   bo   jak   pamiętamy  z  filmu   potrawka   miała   być MNIAM:)

No  i  faktycznie  była  niezła,  pyszna,  smakowita  ale  czy  Mniam ?    No  nie  wiem  na  kolana  mnie  nie  rzuciła,  być  może  za  wiele  się spodziewałam.

Pyszna ale nie Mniam. 



poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Wielkanocne nastrojenie

Wielkanoc  to  moje  ulubione  święta,  może  dlatego  że  urodziłam  się  w kwietniu, i  mama  zawsze  na  urodziny  które  się  czasem  zbiegały dawała mi pieknie żółte żonkile:),i zawsze  to  był  taki  radosny  czas.

Cały tydzień sie pościło, pomagało w sprzątaniach, bo  rodzice  w  ten  czas dostawali  przebudzenia  ze  snu  zimowego  i  trzeba  było  wystprzątać mieszkanie  na  przyjście  wiosny.  A  potem  pomóc  w  przygotowaniach do święconki,  z  ktorą  zawsze  śmigałyśmy  w  sobote.

Bardzo  fajnie  i  mile  wspominam  ten  czas, zwłaszcza  teraz  gdy przyszło  mi  żyć  na  obczyznie.  Dlatego  staram  się  celebrować  ten czas,  robie  generalne  pożądki,  układam  menu,  robie  zakupy,  a  potem szaleje  w  kuchnii.  I   potem  mam  zapchaną  lodówkę  na  tydzień,  i wyjadam  z  niej  jak  Nigella.

Dlatego  trochę  się  dziwie  tym  wszystkim,  którzy  tak  od  niechcenia, po  łebkach  podchodzą  do  sprawy,  nie  chce  im  się  szykować, sprzątać,  wciągać  dzieci  do  malowania  pisanek,  a  przecież  to  nasza tradycja,  jak  nie  teraz  to  kiedy  przekażemy  ją  swoim  dzieciom?  Takie  nowoczesne  społeczeństwo  bez  tradycjii?   to  chociaż  stwórzmy   sobie   swoją   tradycję  jak  ta  "babcina",  tak  nas  uwiera starocią  i  trąca  myszką.   Jak  już  nadmieniłam   mieszkam  w  Eire  i jak  widzę  te  nowoczesne   mamcie  które  takie  wyzwolone,   zerwane  z łańcucha  pożądności  i  rodzinnego  nadzoru,  miotają  się  z  tą  swoją nieporadnością  i  łzami  w  oczach,   bo  przecież  trzeba  pokazać  facetowi,  że  umiem  być  matką  polką  i  tradycjonalistką(o ktorej nie mam pojęcia) bo  nie  mają  pomysłu  na  Swoją  Wielkanoc,  to  krzyczeć  mi  się  chce.   Nie  wiedzą  co  mają  robić  w  takie  powiedzmy "zwykłe świeta" (dla mnie nie mniej wazne niz BN), już  nie  wspomnę  o gotowaniu,  bo  przecież  to  dzień  jak  każdy,  nie  potrafią   cieszyć  się  tak zwyczajnie  nie  na  wyrost, i  jeżeli  nie  chce  im  się  stać  przy  garach niech  robią  to  co  chciały  zawsze  robić,  bo  przecież  nie  raz  i  nie dwa  każdej  z  nas  zdażało  się  powiedzieć  a  u  mnie  na  święta  to bedzie  tak... i  tu  snułyśmy  nasze  kombinacje  alpejskie,  ale  kiedy  ten Nasz   slalom   gigant  przejdziemy  i  wprowadzimy w życie?  Jak wrócimy   do  Polski  za  10 lat?  Dlaczego  Tu na  obczyznie  nie potrafimy  żyć,  tak  jakbyśmy  zawsze  chcieli,  bo  przecież  jest  Tu i Teraz,  a  życia  nie  da  się  odłożyć  na  póżniej.

Ja  żyję  właśnie  tak  celebrujac  nawet   najmniejsze  chwile, żyje tak jak zawsze chciałam, po swojemu.



niedziela, 10 kwietnia 2011
Za dużo na raz

Mam  tyle  w  głowie  że  nie  wiem  o  czym  napisać, o  wszystkim  na  raz bym  chciała.

Od  jakiegoś  (dłuższego)  czasu  noszę  się  z  zamiarem  przedłużenia włosów,przeglądam  czytam  fora, sprawdzam   różne  metody. Niby  nie  są inwazyjne  to  na  moje  trzy  włosy  na  krzyż  to  nie  wiem  czy  się  co kolwiek   nada.  Zadzwoniłam  do  fryzjerki  która  się  zajmuje przedłużaniem  i  wiadomo  przez  telefon  nie  da  rady  ocenic  jakie  mam włosy i co sie da  z  nimi  zrobić  więc  wstępnie  się  umówiłyśmy  na  za  2 tygodnie  wpadne  przejazdem  do  Dublina  i  się skonsultujemy. Międzyczasie  wpadne   na  szrot  może  znajdziemy  maske  i  nadkole  do Saaba  i  takim  sposobem  upiekę  2  pieczenie  za  jednym  zamachem:).

A  za  pasem  już  wielkimi  krokami  się  zbliża  Wielkanoc,  moje ulubione  świeta.   Zawsze  je  lubiłam  bo  urodziłam  się  w  kwietniu miesiącu  w  którym  wszystko  budzi  się  do  życia  i  jest  ciepło  i zielono  i  tak  jakoś  radośnie.

Więc   zrobię  jakąś  pyszną  kolację  urodzinową i  zacznę  się zastanawiać  co  przygotować  na  wielkanocne  śniadanie. Tylko  jak zwykle  muszę  się  pilnować żeby nie zrobić zakupów  na  300 osób:)

środa, 02 marca 2011
Ciężka sztuka wyboru.

Ostatnio  byłam  na  zakupach  w  ASDzie,  chyba  trafiłam  na  najgorszy dzień,  pustki  przeokropne,  niedziela.

Zawsze  jak  jadę  na  zakupy  musze  mieć  ściśle  określony  budżet  i robię  zakupy  z  kartką  i  kalkulatorem.  Wcześniej  w  domu  wchodzę na  stronę  Asdy  i  sprawdzam  czy  mają  to  co  mi  potrzeba  i  w  jakiej  cenie,  wtedy wiem  czy  zmieszczę  się  czy  nie, i  czy  moge "zaszaleć".

Urodziłam  się  w  Polsce  ale  w ciągu  życia  przerodziłam  się  we Włoszkę.  Uwielbiam  pasty  i  sery,  oliwę  z  oliwek  jem  z  chlebem  i popijam   Chianti,  jestem  głośna  i  kocham  na  zabój.

Ale  co  to  ma  wspólnego  z  zakupami?   Już  wyjaśniam.

Robiąc   zakupy  w  moim  koszyku   byłyby  tylko  makaron  ser  i  wino.  Ale  muszę   myśleć  nie  tylko  o  sobie  więc  się  kontroluje  i  układam menu  tygodniowe  nie  tylko  pod  siebie.

Na  półkach  różności  kuszą  kolorową   etykietą,  z  piekarni  unosi   się  zapach   świeżo   pieczonego  chleba  i  słodkości,  a  produkty  o  niższych  cenach  stoją  na  samym  dole  tak  że   trzeba  się  po  nie niezle   naschylać.  Ja  produkty  marki "asda" kupuję  z  takim  samym podejściem  jak  inne  "markowe",  bo  wiem  że  są  tak  samo  dobre  i niczym  się  nie  różnia,  oprócz  etykiet  które   są  mniej   zachęcające.

Moja  sztuka  wyboru  polega  na  tym  że  muszę  kontrolowac  wagę  i  nie  mogę   wrzucać  do  ust  wszystkiego  co  mi  w  ręce   wpadnie,  bo inaczej  już  dawno  bym  umarła  na  zawał,  albo  zator  maślany  tętnic.

Ale  nic  nie  poradzę  na  to  że  uwielbiam   sery  te n ajtłuściejsze Brie, twarde  parmezany  i  miekkie  typu  Edam,  a  za  Mozzarelle  dałabym się  pokrioć  i  jeszcze  moje  śmierdziuchy  prosto  od  kozy:)  Do   tego dochodzą   ciasta   najlepiej   robione   przezemnie (skromna jestem niesłychanie)   szarlotki   z  masą   jabłek,  francuskie   przełożone kremem   maślanym,   lub  jakimś   budyniem.

Mięso   właściwie  mogło   by  nie  istnieć,  byle  by  były  ryby  i  owoce morza.  A  i  jeszcze   moja  ukochana   szyna  z  San Daniele:)

Kocham  tuńczyka  i  łososia  miłością  prawdziwą,  do  tego  wszelakie krewetki,  małże  i  kalmary.  Wszystko  jadłabym   naraz  i  odrazu   po zrobieniu.

Co  dziwne  nie   mam  takich  ciągot  jeśli  chodzi  o  ciuchy  czy  buty, aczkolwiek  lubię  torebki  i  mam  ich  trochę,  nie  muszę  mieć  też  nowości  typu  tv  czy  dizajnerskich  mebli,  lubię  prosto,  przestronnie  i  wygodnie.

Już  wiem  dlaczego  mamy  wolną  wolę:).


poniedziałek, 28 lutego 2011
Niezły poślizg:)

Długo  jeszcze  przed   świętami  Bożego  Narodzenia  zamówiłam  sobie prezent  pod  wpływem  filmu  Julie@Julia  z  Meryl  Streep,  książkę kucharską  Julie  Child. Byłam  przekonana  że  to  całkowita  fikcja  literacką, bo  nic  wcześniej  o  tym  filmie  nie  czytałam. Dopiero  gdy oglądnełam  film  i  poszperałam  na  necie  to  okazało  się  że  to  prawie  na  faktach.

Byłam  strasznie  ciekawa  tej  książki  bo  bohaterka  co  rusz  z  niej pichci  i  to  w  dodatku  tak  smakowicie. Okazało  się  że  taka  książka naprawdę  istnieje  więc  poszperałam  i  znalazłam. (na Amazonie mają wszystko) Nie  była  dostępna  odrazu  i  trzeba  było  poczekać  na dodruk  więc  wiedziałam  że  to  chwilę  potrwa. I  zapomniałam  o  niej. Aż  do  dziś,  właśnie  przyszła.  Pięknie  opakowana  (zamówiłam opakowanie na prezent) pachnąca  farba  drukarską,  kartki  jeszcze  nie ruszane,  troche  posklejane  jeszcze,  w  prostej  twardej  oprawie  cód dziewica.

Nie  rzucam  się  z  motyką  na  słońce  i  nie  obiecuję   wam   jak bohaterka  filmu  że  zrobię  każdy  przepis,  ale  napewno  coś  z  niej  ugotuję  bo  jestem  strasznie  ciekawa  tych  przepisów. Jak  coś  zrobie to  znajdziecie  na  moim  blogu  kulinarnym  Cowgarnkubulgoce.blox.pl.



sobota, 19 lutego 2011
Łeb nie od parady

Mam  fajną  koleżankę  która  tu  do  Irlandii   przybyła   dawno  temu  z rodziną.

Jestem   strasznie  dumna i blada   z   NIEJ   bo  ma  łeb  na   karku chociaż   czasami   porywa  się   z  motyka   na  słońce,  ale  dla równoważni  małżon  ją  czasem  z  tamtąd  skutecznie   ściąga.    Chodzi mi o to że  sporo  projektów  sobie  znajduje  chociaż  nie  zawsze  jej  za to  płacą,   a  to  jedzie  do   sądu  tłumaczyć  bo  jakis   polski  emigrant sobie  nie  radzi,  a  to  dla   perspektywy  lepszej   pracy   zapisała  się na  irlandzki,  pisze  felietony  do  gazety,  pisze  bloga,   zrobiła   kurs fotografi   teraz  jeszcze  kolejny   zwiazany  z  fotografią   sobie znalazła  i  jeszcze  żeby  tego  było  mało   zapisała  się  na  kolejne  2 żeby  mogła  być  powiedzmy  tłumaczem  przysięgłym.  NO  babka orkiestra:)

I  Ona  do  wszystkiego  podchodzi  bardzo  serio  na  100%   jak  się  już za  coś  wezmie  to  nie  odpuści,   chociaż  czasami  ją  watpliwości  zrzeraja  i  małżon  niezadowolony  je  frytki  2  tydzień  z rzędu.

Nigdy  nie  spotkałam  jeszcze  kogoś  takiego   kto  by  sie  na  obczyznie tak  doskonalił.  Polscy  emigranci  mówię  tu  o  swoim  otoczeniu  nie  robią  kompletnie  Nic,  nawet  nie  chce  im  się  zapisać  na  kurs angielskiego  żeby  podszkolić  język  bo  każdy  z  nich  uważa  że  jak  w  pracy  go  rozumieją  to  jest  git.  A to  nie  oto  chodzi,  bo  w  pracy ludzie  się  do  takiej  czy  innej  wymowy  przyzwyczajają  i  już  chyba bardziej  z  przyzwyczajenia  rozumieją  niż   faktycznie  z  tego  co mówi   dana   osoba,  a  tej  osobie  się   wydaje  że  jest  super  hiper  więc  po  co  się  będzie  uczyć.   Nie  chce  im  się  nawet  poćwiczyć czy  iść  na  spacer nie  mówię  tu  już  o  czytaniu  książek   wolą chodować  sobie  drugi  podbrudek  czy  mięsień  piwny.

J  uczyłam  się  na  prawo  jazdy,  testów  po  angielsku.  Nie  powiem  że było   łatwo,  ale  dałam  radę.  Dużo   nowych  słów   poznałam  i  w razie  kontroli  przez  pana  z  Gardy  będę  mogła  mu  spokojnie  bez  nerwów opowiedziec  o  zdażeniu.   Pozatym   lubie  ruch  i  chodziłam  na  siłownie i  basen,  gdzie  też  może  nie  w  dużym    stopniu  jest  potrzebny  język ,ale  też  trzeba  się   z  ludzmi   komunikować,   bo np. w  saunie  prowadzi  się  rozmowy  o  polityce,  lub  o  kryzysie  w  jakim  to państwo  się  teraz  znalazło,  a  po  co  zachowywać  się   jak gapa?  pozatym   skoro  się  weszło  między  wrony  trzeba  krakać  jak i one.

A  my  emigranci  wolimy  zamknąć  się  w  enklawie  polskiej,  gdzie  mamy fryzjerkę,  dentystkę,   polski sklep,  bibliotekę,   szkołe  i  raczej  nigdy się  nie  udzielamy  na  tle  społeczności   wioski  czy  miasteczka  w którym  mieszkamy.   Nie  znamy  nawet  swoich   sąsiadów,  nic  nie  wiemy  o  ludziach  z  którymi  pracujemy  tylko  takie  ogólnodostępne info.  Bo  po  co?  Przecież  każdy  przyjechał  tu  tylko  na  chwilę zarobić  na  dom  w  Polsce  czy  samochód,  a  siedzi  tu  już 10-15lat.  Dlatego  tym  bardziej  jestem  dumna  z  tych  wszystkich  którzy  przyjechali  tu  na  chwilę,  ale  coś  IM  się  chce.





wtorek, 08 lutego 2011
Szczerość nie zawsze sie podoba

Tak  sobie  wczoraj  rozmawiałam  ze  znajomymi  o  niepowodzeniach. Koleżanka  nie  zdała  egzaminu  więc  stwierdziła  że  pytania  się zmieniły i  że  są  pewnie  jakieś   poprawki  o  których  ona  nic  nie  wie.  A  na  logikę  rzecz  biorąc  to  nikt  kto  robi  jakikolwiek  egzamin  nie zmienia   pytań   w  ciągu   trwania   kursu,  czy  roku  szkolnego,   a  jeżeli  tak  się   dzieje   to  wszyscy  kursanci  vel  uczniowie  są  o  takim  fakcie  powiadamiani.

Dlaczego  tak  trudno  jest  nam  się  przyznać  że  może  się  nie douczyliśmy  albo  olaliśmy  sprawę  i  cieżko  nam  się  przyznać   nawet przed   bliskimi.  To  że  siedzimy  z  głową   w  książce,  komputrze  lub innym  tp,  jeszcze  nie  znaczy  że  się   uczymy,  czytamy,  może   akurat w  danej  chwili  marzymy  sobie  o  niebieskich  migdałach,  albo  już oczami   wyobrażni  widzimy   nasze  nazwisko   na   tablicy   wyników.

Rozgorzała   dyskusja  między  mną  a  moim   na  temat:   warto  czy  nie warto  się   przejmować   takim  czy  innym   niepowodzeniem.  Z  jednej strony   to   takie   niepowodzenia   powinny  nas   zmotywować   do większego   wysiłku  i  pracy   nad   danym   projektem.   Powinnśmy przeanalizować    dlaczego   nam  się   on   nie    powiódł   i   gdzie popełniliśmy   błąd,  poczym   ze   zdwojoną   energią   przystąpić   do poprawki.

Z  drugiej   jednak   strony   niepowodzenie   zniechęca   i  sprawia   że czujemy   się   żle  i  do  niczego.  Krążą   nam   po  głowie   jakieś  głupoty,  wmawiamy  sobie   podświadomie   że  to  niepowodzenie  to  tylko  i  wyłącznie   nasza   wina  i  że  nie  umiemy,   nie  wiemy  jak  się do  poprawy  zabrać  albo  zwyczajnie  nie  chcemy  lub  dopada  nas depresja   gankstera  i  dupa  blada  po  sprawie.

Wtedy  dobrze  gdy  mamy  kogoś  obok  kto  jest  dla  nas  wsparciem  i możemy  z  tym  kimś   pogadać  przedstawić  mu  problem  i  może  ta osoba   zobaczy  gdzie  tkwi   problem  jak  można  go  poprawic,   zawsze to   inaczej  jak  świeże  oko  z  perspektywą,   niż  nasza  czarna  dziura bez  wyjścia.

Doszlismy   po  burzliwych   obradach   że   jednak   warto   być szczerym   zarówno  wobec   siebie  jak  i  naszych   bliskich,  nawet  jeśli nam  się  to  średnio  podoba.

Gdzie kończy się szczerość, tam się na pewno zaczyna samotność?

wtorek, 01 lutego 2011
Prawo jazdy

Zdanie  prawa  jazdy  to  był  mój  priorytet,  już  od  szkoły  średniej próbowałam.   Wmawiałam   rodzicom  że  muszę   zacząć  kurs  bo  od tego  zależy  ocena  z  przedmiotu,  oczywiście  nie  uwierzyli,  ale  na  kurs  i  tak  poszłam.   Chyba   dlatego  że  kilkoro   moich  przyjaciół  z paczki  też  się  zapisało. (tylko  że  ich  rodzice  mieli samochody)

Oczywiście   ambitnie   chodziłam   na   kurs  gdzie  instruktor  cierpliwie tłumaczył   zasady   ruchu  drogowego  i  zasady  zachowania  na  drodze(z czego nie wiele rozumiałam) zasada  prawej  ręki, znaki  itd.  Póżniej   po teorii   były   jazdy  z  instruktorem  który  notorycznie   łapał   wszystkie   dziewczyny  za  kolano   niby  że   nie  umiemy   wrzucać biegów  i  tak  jakoś   mu   zawsze  ręka  się   zemskła.  Nie  cierpiałam  tego!  A  co  najgorsze   instruktor  był   ojcem   mojego   kolegi. Poskażyłam   się   rodzicom   bo  nie   bardzo   wiedziałam   co   mam zrobic,   matka   najpierw   mi   nie   uwierzyła   a   potem  się   wściekła   i poszła   zrobić   awanturę   instruktorowi  i  tak   się   skończyła   moja przygoda   z  prawkiem.

Skończyłam   szkołę  jedną,   potem  drugą,  i  jakoś   sie  nie   składało żebym   odczówała   potrzebę   posiadania   prawa   jazdy.

Aż   do   przyjazdu  do  Irlandii.  Tu  wszędzie   jest   daleko  i  auto   jest   niezbędne   chyba   że   mieszkasz   w  dużym   mieście   typu Dublin.  Więc   priorytetem   było   zdać  i  zacząć   jedzić.

W   przybliżeniu   się   do  celu   udałam   się   do   księgarni   celem zakupienia   odpowiedniej   książki   z   kursem  i  płyty  z  testami(tu na wyspach nie ma obowiazku chodzenia na kurs,kursant uczy się w domu, teraz od 4 kwietnia wchodzi taki obowiązek bo jest za dużo wypadkow spowodowanych  przez  osoby  uczace się)  i  zaczełam  się  uczyć,  łatwo nie   było   bo   kurs  był   po  angielsku  a  mój   angielski  nie  jest perfekt,  ale  dałam   rade.  Wykuta   na   blaszke   zapisałam   się   na egzamin(można mieć 5 błedów) po   spisaniu   danych   zrobieniu   zdjęcia egzamin   czas   zacząć  i  co  nie  zdałam!   co  za   koszmar  6 złych odpowiedzi.   Ale  to  nic,   nie  poddawałam   się   choć  szczęśliwa   z  tego   powodu   nie   byłam,  bo  sądziłam,   że   naprawdę   dobrze   się  nauczyłam.   W   końcu   zdałam   koncertowo   bez  żadnej  złej  odpowiedzi   dumna   i  blada   pochwaliłam   się  do  przyjaciółki   która natykmiast   zgarneła   małżona   i  wpadła  z "Sukcesem".  Bo   to niewątpliwie   był  SUKCES.

Ale   to   jeszcze  nie  koniec   teraz   najtrudniejsza   część   koncertu trzeba   się   nauczyć   dobrze   jeżdzić,  ale  że   praktyka   czyni mistrza,  więc   praktykuje.

Nie  jest  to  łatwe,   zdążyłam   juz   zajechać   drogę   innemu samochodowi   na   rondzie(wcisnelam sie przed niego),  trochę   mnie   rzuca   po   drodze   od  lewa   do  prawa   i  zupełnie   nie  wiem   skąd   się   bierzę   głupi   nawyk   szukania   wajchy   od   kierunkowskazów,  a przecież   wiem   że   mam   go  na  wyciągnięcie   palców.

Do   plusów   mogę   zaliczyć   że   nie   boję   się   prędkości  i  że   nie spoglądam   jak   zmieniam   biegi,  i   poradziłam   sobie  z  5(chodzi o bieg) dałam   radę    w   mieście.

Wiem   z   pełną  świadomością   że   jeszcze   dużo   wody   upłynie   zanim   naprawdę   dobrze   się   nauczę  prowadzić,   a   na   to   mam przecierz   całe   życie.

poniedziałek, 17 stycznia 2011
Karnawał

Karnawał -okres zimowych bali, maskarad, podchodów  i zabaw.

Kiedy  byłam  małą  dziewczynką  w  szkole  mieliśmy  przebierane  bale karmawałowe.  Zaczynały  się  zawsze  w  połowie  stycznia  lub  przed feriami  zimowymi.  Każdy  obowiązkowo  miał  być  przebrany!

Dziewczynki  chciały  być  księżniczkami(brr)  a  chłopcy  kowbojami  lub indianami.  Mama  miała  z  nami (ja i siostra)  urwanie  głowy  bo  żadna nie  chciała  mieć  takiego  samego  przebrania.  My  chyba  jako  jedyne nie  byłyśmy  księżniczkami  tylko  zawsze  jakimś  miśkiem  albo kotem(miłosc do zwierzat?).

Fajny  to  był  okres  bo  rodzice  również  urządzali  sobie  takie imprezy.  Wraz  ze  znajomymi,  przebierali  się ;  tata  ubierał  odświętną   koszulę,   mama  złotą   suknie  balową  i  długie rękawiczki, znajomi  wpadali  w  kolorowych  afro  włosach  i  spodniach  dzwonach  i  w mieniących  się   koszulach  z  bistoru,  i  razem  szli  do  jednego  z "wujków"  lub  domu  kultury.

Mama  piekła  faworki, a  wujek (brat taty ) pączki  zajadałyśmy  się  nimi przez  cały  karnawał  nie  tylko  w  tłusty  czwartek.

Teraz  już  taka  tradycja  bardziej  zanikła,  tym  bardziej  zresztą,  że mieszkam  w  Irlandii  i  nie  myśle  o  kombinowaniu   przebrania   tylko łapię  z  wieszaka   spodnie   koszulke  i  idę  na  disco.

A  teraz  się   tak  rozmarzyłam  że  aż   mi  się  chce  faworków,  idę   do kuchni.:)

piątek, 24 grudnia 2010

http://www.blogroku.pl/madeincrolly,gwekv,blog.html

Tagi: BLOG ROKU!
09:48, paris-to-ja
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 grudnia 2010
O przygotowaniach do świąt i o tym jak mi pierogi za skóre zaszły

Ale  długi  tytuł  mi  wyszedł.

Święta  za  pasem więc i szał  przygotowań po trochu  mnie  ogarnia.  Wczraj  już  udekorowałm  dom  we  wszystkie możliwe  ozdoby "domowe",  na  chionke  żywą  czekam;  tak  sobie  w  tym roku  postanowiłam  bo  nie  ma  nic  fajniejszego  jak  zapach  chionki i trzask ognia kominku.

Wszystkie  możliwe  bibeloty  i  zakamarki  już wysprzątałam,  zamówienie  w  polskim  sklepie  już  zrobiłam,  nie  lubie  zostawiać niczego  na  ostatnią  chwilę.

Teraz  tylko  czekam  na  sygnał,  i  w  ramach  tego  czekania przypomniało  mi  się  jak  to  pierogi  dały  mi  do  wiwatu  w  któreś świeta.

A było tak:  wszystkie  potrawy  na  święta  już  były  gotowe  i czekało mnie  jeszcze  ulepienie  pierogów.  Żaden  problem  robiłam  już milion razy  więc   milion   pierwszy  dam   rade.  I  wszystko   zrobiłam  tak  jak  należy,  farsz   przygotowałam   wcześniej,  ciasto  własnie zagniotłam,  wałkuje,  wycinam  i  zlepiam.  Ale  myśle  sobie  nie  będę teraz  gotować  tylko  jutro  przed  wigilią  wrzuce  na  goracą  wodę i będą   świeżutkie,  a  teraz  takie  surowe  poukładam  obok  siebie  i posypie  mąką.  Jak  pomyślałam  tak  zrobiłam(Głupota roku)

Nastepnego  dnia  zaglądam  do  pierogów  i  wrzask  przeokropny  że chyba  mnie  w  Polsce  słyszeli.  Moje  pierogi  wszystkie  jak  jeden  mąż się  pokleiły  bo  ciasto  zaczęło  pracować(co jest normalne) i  wyszedł jeden  wielki  pieróg. W  te  pędy  zaczełam  ratować  co  się  dało  a  że  nie  wiele  się  dało  to  pierogów  mieliśmy  co  kot  napłakał  a  takie ładne  i  pyszny farsz  miały  ale  zjadliwych  było  tylko  kilka.  Porażka  na  całej  lini,  potem  przez  cały  rok  każdy  zaproszony  mi  je wypominał, no  masakra  poprostu. J nie wiem co mi wtedy do głowy strzeliło  no zaćmienie  mózgowe jakies czy co?

Więc  teraz  zawsze  robie  jeszcze  na  obiad  ktoregoś  dnia  żeby  mi jakieś  głupoty  do  głowy  nie  przyszły  w  zwiazku  z  pierogami.



wtorek, 23 listopada 2010
Miodek

Kilka  lat  temu  razem  ze  swoim  partnerem  postanowiliśmy  spróbować zrobić  miód  pitny.  Najpierw  trwały  dłuuugie  dyskusje  nad  tym  czy wogóle powinniśmy   się   za   to  brać,  a  co  będzie  jak  nam  nie  wyjdzie?  zmarnujemy  tylko  miód   i  stracimy  kase  albo co gorsza zostaniemy z jakimś   marnym  winiaczem.

Więc  postanowione.  Robimy.  Najpierw  zaopatrujemy  się  w  kilka pozycjii   papierowych  o  różnych  metodach  produkcjii  tego  przedniego napitku  i  jego  rodzajach,  konfrontujemy  rzecz  w  necie  i  robimy  listę   zakupów.  Teraz  już   trochę   pod  górkę   gdzie  kupić   naprawdę   dobry  a  nie  sztuczny  miód?

Miód   dostaliśmy   od  ojca  a  to  niespodzianka  do  niego  do  restauracjii  przychodzi  czasem   baba  i  mówi  że  ma  jajka  a  to świeże  mięsko  a  to  móid  i  stąd   mieliśmy   miodek.  Teraz   jeszcze trzeba   było  kupić   balon,  rurki, drożdze,   korek  i koszyk.

Ten  najdłużej  znany  w  Polsce  napój  alkoholowy  można  z p owodzeniem zrobić  domowym  sposobem.  Oprócz   miodu  i  wody   potrzebne  będą  drożdze   winne  np:.  malaga,   madera,   my użyliśmy  tokaj.  W zależności  od  sposobu   produkcjii   otrzymamy  miód   naturalny  lub sycony  my  robiliśmy  sycony,  powstały  z  fermentacji   gotowanego miodu   z  wodą   w  odpowiedniej   proporcji.  I  teraz  wedle  przepisu wszystko   poszło   jak  z  płatka,  i  fermentacja  była  a jakże   bardzo burzliwa  i  taka  pachnąca  bo  balon  stał  w  pokoju   pod  kaloryferem  (dla ciepłości i okryty kocykiem:) i co  jakiś  czas  zaglądaliśmy   pod kocyk  co  tam  się   wyprawia  i  kiedy   będzie   można   spróbować.  Aż czasem   fermentacja   przestała   się  burzyć  i  podniecenie  opadło i zupełnie  o  miodku   zapomnieliśmy  i  dobrze  bo  wtedy  on  nabierał mocy  urzedowej w %.  Po jakimś   roku   spróbowaliśmy,  zlaliśmy   do butelek  i  wrzucili  na  szafkę  w  kuchni  i  znowu   zapomnieli.  To   co nam   wyszło   było   poprostu   mistrzostwo  świata   pyszny,   pachnący  miodem   a  nie  bimbrem,  nie  za  mocny  alkohol.  Pychota z przyjemnością   wypiliśmy  go  z p rzyjaciółmi,   kilka  poszło   na  prezent,   teraz  też   nosimy   się   z   zamiarem   zrobienia   więc bedzie   miodek   po   Irlandzku.


sobota, 23 października 2010
Rodzina

Rodzina to coś co każdy ma. Nie ważne (ważne)jaką ale zawsze ktoś za nami stoi , ktos nam pomaga , poradzi , odradzi.

Wartość  mojej  rodziny  zaczęłam  doceniać  stosunkowo niedawno , bo wiedziałam  że  zawsze  ja  mam , mam do kogo zadzwonić , z kim  pogadać pośmiać się,  powyłupiać. Mam  siostrę  która  w  życiu  swoje przeszła , jako  dziecko  urodziła  się  z rozszczepem  podniebienia  i mama ciągle  z nia  po  szpitalach i  klinikach  jezdziła.  Za  dzieciaka  też  nie  miała lekko,  nie  lubiła  chodzić  do  przedszkola  bo  jej  dzieci  inne  dokuczały , śmiały  się  z  niej  wkładały  kredki  do  nosa , teraz powiedzielibyśmy  że  przeszła  traume  w  przedszkolu  ale  wtedy  w latach 80  nie  kładło  się  takiego  nacisku  na  opiekę "innych" dzieci. Zawsze  jednak  byłyśmy  za  sobą  ona  zawsze  miała  mnie  za  plecami, w  gotowości  bojowej:) (ja jestem młodsza). Teraz  już  jako  dorosła  kobieta  umie  sobie  radzić  z  przeciwnościami  losu  ,  skonczyła  studia  i pokazała  wszystkim  że  wygląd i ładna  buzia  to  nie  wszystko , jest mądra   i  zaradna  ma  fajnego  faceta  którego  wyrwała   z  katedry jednej  z  wrocławskich  uczelni:)  i  ma   świetną  prace  którą  lubi.

Rodzice  po  latach  się  rozwiedli  ale  nadal  są  ze  sobą  w dobrych stosunkach  , rozwód  nie  był  tematem  tabu  i  rodzice  tak  rozegrali żebyśmy  na  tym  nie  straciły.  Inna  sprawa  że  my  w  trakcie  ich  rozwodu  byłyśmy  juz  dorosłe  i  inaczej  widziałyśmy  to  niż  jakbyśmy były  dziecmi. Rodzice  stoją  za  nami  murem ,  o  tym  przekonałam  się już  nie  raz ,  gdy  byłam  w  podbramkowej  sytuacjii  i  myślałam  że walę  głową  w  mór. Nie  mówią  co  powinnam  a  czego  nie  ale ,  pokazują  jak  można  na  sprawę  bez  wyjścia  spojżeć  inaczej , nie podają  gotowych  rozwiązań , ale  zawsze  czuje  ich  za  sobą  nawet  gdy rozwiazanie  nie  jest  łatwe  i  wymaga  poswięcenia.

Od  kilku  lat  mieszkam  za  granicą  i  mam  już  inny  kontakt  z rodzicami  ale  zawsze  mam  dla  nich  czas  gdy  dzwonią ,  albo  gdy potrzebują  pomocy , coś  trzeba  zorganizować  albo załatwić. Wiem że mam  rodzinę  i  oni  są  moją  siłą , a  ja  jestem  ich  oparciem.




niedziela, 10 października 2010
Herbata żródło życia.

Jak głosi legenda wszystko zaczęło sie pewnego pieknego dnia w Chinach.Kiedy to chiński cesarz odpoczywając pod drzewem dzikiej herbaty, pił wodę przegotowaną i kontemplował otaczającą go przyrodę, kiedy to do czarki wpadł mu listek. Niezauważył tego dopiero gdy wzioł łyk napoju poczuł jego inny ciekawy smak.

Tyle historia.

Rodzajow herbat jest zatrzęsienie,a to czerwona, biała,zielona,kwiaty, liście, łodyżki do wyboru do koloru.

Moimi faworytami wśród herbat są mieszanki zielonej herbaty.Mają dodatki suszonych  owocow lub kwiatów. Po zalaniu suszu wodą liście ładnie sie rozwijają pięknie wygladaja w filizance.I taka herbata ma naprawdę wyśmienity smak.

Żeby uzyskać cudowny napar musimy przestrzegać jednej podstawowej zasady:nie zalewać wrzątkiem!!!!

Sa też inne równie ważne zasady takie jak: jakość wody i czas parzenia,ale żeby jakoś zauważalnie wpływały na smak to bym nie powiedziała(ja tego nie jestem w stanie wykryc).

Jesień to dla mnie pora roku w której herbata zajmuje czołowe miejsce wsród napojów,piję ją bardzo często wręcz uzależniająco;)Siadam wtedy z ulubioną gazetą lub książką i mam chwie dla siebie,chetniej wtedy też piekę moje "firmowe"placuszki-racuszki idealnie pasują do herbaty i świetnie  się sprawdzaja gdy wpadnie ktoś niezapowiedziany i nie mam nic słodkiego.

Ostatnio byłam w Polsce i nabyłam kilka ulunionych gatunkow:Earl Grey z dodatkiem kwiatów habra,mieszankę zieloną z kaktusem,cytrynowo pomaranczowe Toledo,czarna Fantazja z dodatkiem owoców głogu,i moja ukochana Swiatynia japońska,wszystkie paczuszki trzymam w puszce w szafce , ale pachną one tak niesamowicie że jak otwieram szafkę to zapach unosi się po całej kuchni.

Niezbieram czajniczków czy filiżanek ani też kubków, ale lubię mieć fajny dodatek jak np biały cukier w "kamykach" albo brazowy cukier skrystalizowany na patyku,fajnie to wyglada i daje takie wrażenie wyjatkowości, bo dla mnie herbata  i picie jej z przyjaciółmi jest czymś wyjątkowym.




21:26, paris-to-ja
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 września 2010
Millenium

Właśnie skończyłam wszystkie trzy książki z serii Millenium Stiega Larssona.

Fantastyczne. Po prostu.

Pierwszą poleciła mi koleżanka, polegam na jej zdaniu bo czyta dużo i dosyć ciekawy repertuar.  Pożyczyłam książkę od niej i połknełam jednym tchem, dosłownie.  Fascynujące przygody Mikaela Blomkvista i Lisbeth Salander.

On znany dziennikarz,  ona hakerka z przeszłością,  razem i osobno są niezrównani. Przygody w jakie się wplątują z własnej lub nie winy są tak opisane przez Larssona że nie sposób odłożyć książkę nie zaglądnąwszy na nastepną stronę.  Wszystko jest idealnie skomponowane i przemyślane, postacie sa wyraziste, fabuła tak skonstruowana że nie masz wrażenia że watkow jest za dużo i można sie pogubić i co najważniejsze wszystkie są ze sobą powiązane, co nie odrazu jest namacalnie widoczne.  Napięcie jest tak dozowane że nie można się od tej powieści oderwać.  Co ważniejsze historia Mikaela i Lisbeth zmusza do myślenia,  Larsson tak  sformułował fabułę że nie sposób nie kombinować i próbować rozwiazać zagadke,  książka naprawdę daje do myślenia.  Wszystkie trzy powieści są ze sobą połączone postaciami Lisbeth i Mikaela nie sposób jest nie siegnąć po kolejną,  po prostu ma się ogromną potrzebę zaspokojenia głodu czytelniczego. Trochę może przerażać objętość,  bo nie da sie ukryć że to dosyć opasłe tomiska, ale czyta się naprawde szybko. Można też ściągnąć audiobooka ale proszę uważać na lektora bo kiepski lektor grozi zaśnięciem i zniecheci  do tej naprawdę fascynującej trylogii. Ja zaspokoiłam ten głód  w pełni.  żałuje tylko że Steig Larsson nie napisze już żadnej powieści.


 
1 , 2